Przedefiniowanie wartości – teraz, nie potem.

Zawsze uważałem się za zdrową osobę.

Okaz fizycznej odporności, który nie dawał się grypie w najgorszym sezonie kiedy inni smarkali i umierali. Nie faszerowałem się tabletkami przeciwbólowymi, przeciw zapalnymi, suplementami. Po prostu wszystko było OK niezależnie od pogody i od tego co za głupoty (np. w śniegu) wyprawiałem.

I tak trwało to latami, trochę ponad ćwierćwiecze. Kiedy znajomi wracali do formy na L4 z powodu różnych dolegliwości, ja po prostu smarkałem, nie zdarzały się gorączki, bóle mięśni, problemy z kościami itp.

Aż nadeszła ta wizyta.

W teorii miało to być badanie kontrolne, takie jak każde inne dotychczas. W praktyce okazało się że nagle mój stan fizyczny uległ takiemu pogorszeniu, że aż musiałem wylądować w szpitalu.

Już trochę tu siedzę, jestem bliżej wypisu jak przyjęcia. I miałem trochę czasu na przemyślenie kilku rzeczy.

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałem o braku czasu, mimo tylu tematów. Jednym z nich była szeroko pojęta praca, pracoholizm. Kiedy jest się już od roboty uzależnionym? Kiedy dajemy od siebie za dużo?

Do tej pory moje podejście do tematu było dość luźne. Pracowałem sumiennie i często troszkę więcej niż powinienem, ale nigdy tak żeby marnować w biurze czy terenie cały dzień, albo żeby było to wykonywane za darmo. Zdarzały się dodatkowe godziny, ale często przyczyną tego była chęć utrzymania porządku, własnej wygody, czasem po prostu satysfakcja z tego co się robi. I mimo że na pracę się zawsze narzeka (no bo jak to w Polsce nie narzekać na swoją pracę!) to jednak lubię ją. Daje mi w.w. satysfakcje, szanse wykazania się zaradnością, wiedzą (bezużyteczną) a w razie braku tej potrzebnej i użytecznej, uzupełnienia jej.

Kiedy przesadzamy?

Kiedy okazuje się że jest ważniejsza od przyjaciół, od badań kontrolnych i rodziny. Zaczyna się niewinnie od późniejszego wyjścia, a kończy na odkładaniu wizyt lekarskich i siedzenia w weekend, mimo że nikt tego od nas nie wymagał.

I przez takie ustalenie priorytetów, niewiele brakowało abym znowu przełożył wizytę u specjalisty.

Po raz czwarty stwierdził że muszę „zrobić to i tamto” bo inaczej będą mnie ścigać: księgowość/kolega/kierownik. Jednak wytrwałem, wyczekałem doktora i się dowiedziałem. Tak się dowiedziałem że skończyłem w szpitalu.

Nie ma mnie w firmie już blisko miesiąc. I wiecie co?

Świat się nie zawalił!

Firma dalej działa, ludzie w niej pracują, wykonują swoje obowiązki a moja nieplanowana nieobecność mimo że na pewno się odbiła wewnątrz działu, nie spowodowała katastrofy a „zrobić to i tamto” nie było wyznacznikiem „być-nie” być dla zakładu.!

Dlatego nie dajcie się zajechać, za wszelką cenę. Czy to dobrowolnie, dla satysfakcji, czy płacy za nadgodziny. Bo może się okazać że zabraknie czasu na to wszystko co planujecie zrobić „kiedyś”, „po odłożeniu”. Niewiele brakowało i sam do szpitala zostałbym dowieziony a nie dojechał samodzielnie. Bo chciałem sumiennie wykonać swoją robotę i nie zawieźć innych, ale kosztem swojego zdrowia.

To dało mi do myślenia, i najwyraźniej kolegom w biurze również bo wszyscy nagle zaczęli odwiedzać specjalistów ze skierowaniami które gdzieś tam już chowały się pod kurzem.

Następnym etapem jest łapanie życia pełnymi garściami. Zawsze żyłem wg filozofii, że nie ma co odkładać rzeczy na później, trzeba bawić się teraz, korzystać z tego co się ma. Tommy na Prentkim Blogu bardzo trafnie opisuje o co chodzi. Jemu luźne i wesołe wpisy wychodzą znacznie lepiej. Ja mogę marudzić i pouczać <smile>.

Nie odkładaj wakacji i wycieczki w wymarzone miejsce.
Nie szukaj wymówek.
Po prostu zacznij rozwiązywać problemy z tym związane i jedź!
Pieniądze zawsze się znajdą.
Ktoś zaopiekuje się mieszkaniem, podleje koty, nakarmi kwiaty (czy jakoś tak).

Ale to co przeżyjesz będzie już twoje na zawsze. Odkreślone z listy. Zapamiętane.

Nigdy nie wiesz kiedy np. minie możliwość swobodnego podróżowania. Znajomi wybrali się motorami na Krym. I proszę bardzo. Rok później już jest to Rosja a nie Ukraina. Na bliskim wschodzie szaleją Taliby wraz ze swoimi kozami… żonami. Przerzucają się na Afrykę. Jeszcze trochę i wyjazd do UK czy Niemiec będzie równie niebezpieczny co do Iraku.

Jest to taki trochę smutny i wyimaginowany przykład. Ale jak najbardziej możliwy. Pomijając nagły zgon, jest wiele drobnych rzeczy które mogą wyeliminować nasze wielkie plany więc trzeba brać z życia jak najwięcej teraz! Nigdy nie wiesz kiedy zakażą jazdy starym autem w centrum miasta, więcej zrób wycieczkę po najfajniejszych rynkach i miastach, porób sesje zdjęciowe. Kiedy odmrozisz sobie palec i już nie zagrasz na gitarze. Jak uszkodzisz kolano to już nie pojedziesz rowerem dookoła jeziora czy mazur. Był czas, szansa, ale nie zostały wykorzystane.

Podsumowując. Do tej pory starałem się wykorzystać życie na tyle, na ile tylko mogłem i widzę że dobrze mi to szło. Dlatego was proszę żebyście też to robili jeśli jeszcze coś odkładacie.

A sam szukam M60B40 bo wszystko inne jest już nagrane.

Nie czekajcie na znak-sygnał żeby dopiero wtedy się obudzić. Mnie on tylko utrwalił w tym że z życia brałem pełnymi garściami to co najlepsze. Szkoda żeby ktoś się zorientował po czasie.

P.S.
Jeśli ktoś ma, lub zna kogoś kto ma taki silnik do sprzedania, lub cały samochód z tym motorem, proszę o kontakt.

Może Ci się spodoba:

2 komentarze

  1. Oj, znam takie sytuacje z autopsji. Widzę co się dzieje z moim otoczeniem, przez to szaleństwo straciłem kilka lat temu członka rodziny, a sam w ostatniej firmie gdzie pracowałem na etat, po tzw. awansie trafiłem do szpitala. Od tego czasu staram korzystać z życia (taki umiarkowany hedonizm) i za bardzo nie rozmieniać. Słowem tempus fugit i carpe diem.
    Zdrówka!

  2. beatles pisze:

    Brawo za wpis. Coś wiem o tym, że może być za późno na niektóre rzeczy…

Pozostaw odpowiedź Demon Siedemdziesiątypiąty Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *