HGW bo nie mam pomysłu na tytuł!

Ostatnio strasznie zmieniły mi się priorytety. To niesamowite jak zaangażowanie w życie „codzienne” i inne cele wszystko wymieszały. Ostatecznie konkluzja do jakiego doszedłem jest jedna: Zszedłem poniżej poziomu petrolheada…

I jest to straszne!

Po prostu od pół roku nie robię nic tylko trzaskam kilometry. Buczek zrobił kilka wycieczek, a to na pomorze, a to do Chorwacji, wyjeździł zawieszenie do zera. Szkarada zamieniła się w pożyczaka bo zawsze ktoś ze znajomych jest w potrzebie. A Klocek trzaska swoje roboczokilometry na codziennej pracy. Całkowicie z głowy wypadły mi wszelakie pomysły na odbudowę, naprawy jakieś grubsze, co wiąże się z brakiem ciekawych myśli i nudą nawet tutaj. Betka wymaga wymiany (poza całym silnikiem na normalną Vkę a nie kastrata) zrobienia kilka elementów w zawieszeniu, chłodnicy, kilku w elektryce, kilku w kabinie. Szkarada wozi od pól roku ładną nie zmatowiałą lampę w bagażniku której nie mam czasu i chęci zamontować (może dziś?), zawiasy i elementy wewnątrz drzwi skrzypią a do tego podsufitka wymaga drobnej poprawki u jakiegoś speca. Fiacik za to trzyma fason i zbiera kolejne rysy i wgniotki…

Najchętniej wszystko oddałbym w czyjeś ręce i niech się dzieje samo. Na koniec tylko się wykartkuje. Bo (najczęstsza wymówka świata) „nie mam czasu na pierdoły”! Samo życie, praca, instytucje państwowe (ZUS, ja pierdole…) zjadają u pracoholika tyle czasu że brak godzin w dobie na takie roboty.

Ale puentą i clou po tym marudnym i przydługim wstępie miało być coś całkiem innego, mianowicie „utrata wartości”, amortyzacja, jakkolwiek to nazwiesz, co powoduje że teoretycznie twój samochód jest wart mniej pieniędzy niż nowy z fabryki. Złomnik o tym rozprawiał że wiele aut jest bezsensownie drogich w stosunku do tego co oferują, z drugiej strony można kupić naprawdę konkretne wozy w cenie gruzu.

Moim skromnym zdaniem prawda jest po środku i wóz jest tyle wart ile ktoś za niego chce dać. Na Mini popyt wśród facetów z niesymetryczną fryzurą i busolą na nadgarstku jest najwyraźniej na tyle duży że 4 koła, kierownica i dodatkowy poważany w owym towarzystwie „gruby lans” jest wart więcej niż zwykłe 4 koła i kierownica u konkurencji.
Za to w pełni sprawne gruzy którymi można tak samo jeździć na co dzień kupuje się za 3000 zł. Doczekaliśmy takich czasów że nawet klima nie jest czymś wyjątkowym.

Cały pomysł na rozprawkę jest pokłosiem rozmowy z kolegą który twierdzi że czasem bezsensownie jadę w jakieś dłuższe trasy.

Dla mnie sama droga jest formą relaksu i odprężenia po spinaniu dupy i wkurwianiu się w biurze. Więc nawet jak wyjdę na końcu na zero, po odjęciu paliwa, to mój czas nie jest zmarnowany a ja nie jestem stratny. Przykładowo na trasę do Wrocka i Gorzowa Wlkp. wydam 1/3 całego przychodu z roboty i jest to kwota wg jego uznania za mała żeby trzasnąć na licznik kolejne 900km w dzień albo dwa.

„…bo przeglądy, części no i amortyzacja!”

A w sumie dlaczego? Czy 20 tys. km w pół roku to dużo? Przegląd co 15 tys. to koszt 550zł brutto! Jedynie regulacja zaworów z powodu gazu (który zwrócił się już ponad dwa razy <3 ) będzie robiona częściej. A tak nic tylko jeździć.

„bo wóz będzie mniej wart”

Po pierwsze, wychodzę z założenia że Fiacik jest tak fajny że nie widzę innej drogi niż zajechać go do końca. Ostatni z wozów naprawdę pragmatycznych w kwestii silnika i zawieszenia. A jeśli już ośmiozaworowiec wyzionie ducha… to wsadzi się T-Jeta!

Po drugie, jeśli nawet gdybym chciał go komuś sprzedać to i tak będę stratny. Będę bo wg rynku nowy wóz w salonie jest wart sporo tysięcy więcej niż ten sam wóz po roku czy dwóch latach z przebiegiem „dookoła komina” typu 10 tysięcy. A przecież często jest to idealnie ten sam kawałek żelaza. Kolega sprzedał jakiś czas temu swoje (no już kilkuletnie) bo prawie dziesięcioletnie Grande Punto, z przebiegiem ocierającym się od dołu o 100 tys. km. Poza tym wóz był jak nowy. Pragmatycznie rzecz biorąc ciężko było powiedzieć czy jest to sztuka ostatnia przed Evo, czy pierwsza z wypustu. Zero zużycia. A jednak i tak dostał za niego około jedną trzecią tego co za niego musiał zapłacić w salonie. Kolejny właściciel IMHO zrobił interes życia bo kupił prawie nowe auto za dużo mniej niż jest faktycznie warte wg ogólnych mierzalnych wartości, jak pewność przebiegu, tego ile jeszcze przejdzie, jak wygląda, co ma za wyposażenie.

Więc jeśli już miałbym się pozbyć swojego czarnego Klocka i być stratny to nie chciałbym żeby stało się to z samego faktu posiadania go i patrzenia na niego, tylko dlatego że wóz faktycznie swoje na koła nawinął. Wyrzucić dziesiątków tysięcy w błoto, jak robią to starsi panowie albo ludzie którzy wyciągają auto od święta spod koca, to największa głupota jaką można IMHO zrobić.

Z drugiej strony dzięki takim ludziom (no i bogaczom z dziesięcioma wozami w garażu) mamy CZASEM perełki z rocznym przebiegiem poniżej 5 tys. km. rocznie w 25-letnim wozie.

Podsumowując.

Leję, nie przejmuje się i jadę bo mogę!

Bo 100km kosztuje mnie 16zł (a co byłoby gdybym nim jeździł ekonomicznie!?) i kiedy najdzie mnie bezsensowna ochota na hot-doga z Ikei, to się pakuje i jadę 25km w jedną stronę tylko po to żeby sobie zjeść niezdrowego hot-doga i zapiekankę za łącznie 6zł!

Nie martwię się tym co będzie za 5 lat „gdybym chciał go sprzedać” jak ludzie którzy od początku wybierają kolor i wersję silnikowo-wyposażeniową tak żeby statystycznie wóz łatwiej było opchnąć w przyszłości.

Pieniądze pieniędzmi, ale skoro mam je wydać to niech będzie z nich jakaś frajda, przyjemność a nie kolejny problem pod tytułem „jak stracić najmniej”.

I tym wesołym akcentem życzę miłego weekendu!

Może Ci się spodoba:

4 komentarze

  1. Dominik napisał(a):

    Z tego co zauważyłem, to samochodu nigdy nie opłaca się sprzedawać, chyba że to już faktycznie trup. Jednak w innych przypadkach zawsze taniej będzie dokonać naprawy niż kupić inny samochód, zwłaszcza nowy. Zatem wymiana samochodu rzadko kiedy ma coś wspólnego z rozsądkiem, a jedynie z kwestią polepszenia swojego standardu.

    • Bebok napisał(a):

      No opłacać nie opłaca jeśli chcemy wymienić na coś tego rozmiaru, segmentu. Wtedy jeśli szukamy zabawki nowej czy szybszej, jest to po prostu kaprys (kosztowny). Ale często wóz się zmienia po prostu z konieczności. Mi prawdopodobnie w końcu zacznie być ciasto w Qubo i rozglądam się za 7 osobowym Doblo, albo osobowym Traficiem ( <3 ). Kolega 3 drzwiowego Fiacika zamienił na Sedana w którym wygodnie się pakuje fotelik i bobasa.

      W innym wypadku, jeździć aż koła odpadną 😛

  2. Yossarian napisał(a):

    Z tym „będę chciał go sprzedać” to fakt durnora straszna. Skoro tak się straci na aucie, to można równie dobrze tracić mając z tego jakiś fun, a nie liczyć grosze co dzień ze świadomością, ze i tak nie da rady tej straty ograniczyć. Bo auto i tak się zestarzeje. Nawet mało jeżdżone. Z resztą, jak ktoś mało jeździ, to tym bardziej nie ma co sprzedawać. Ja swojego Civika z mikroprzebiegiem zamierzam trzymać ile się da, mimo kolejki chętnych do odkupienia 🙂

  3. byledoprzodu napisał(a):

    A – z trzeciej strony, z perspektywy tych najmniej wartych – w narodzie i tak będzie pokutować przekonanie, że jak zainwestował w blacharkę i wymianę wszystkiego, to samochód cudownym sposobem zwiększa wartość 15-krotnie.
    Co do myśli przewodniej wpisu – z nieodmawianiem sobie przyjemności z jazdy zgadzam się w całej rozciągłości 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *